PABLOPAVO I LUDZIKI - TELEHON

Open’er oczami Woodstockowicza

KATEGORIA: Afera

Zimno, leje deszcz, tysiące ludzi mokną… a przy tym świetnie się bawią, w Gdyni, na Open’er Festiwal 2019.

Niektórzy bardziej zmokli, niektórzy mniej. Z pewnością lekko nie mieli mieszkający pod namiotem, zwłaszcza gdy ten przecieka. Do tych szczęściarzy zaliczam się ja – open'erowy debiutant i stały bywalec Woodstockowy (obecnie Pol’and’Rockowy).

Zapewniam was, że ten drugi fakt, jest dowodem wytrwałości w warunkach ekstremalnych i że woda w namiocie była dla mnie mniej mrożącym odczuciem, niż widok nastolatek, które paradują w letnich kreacjach przy 10 stopniach. Jak widać, festiwal rządzi się swoimi prawami, o których wiele słyszałem przed wyjazdem i które postanowiłem zweryfikować, odpowiadając na pytanie: Czy dwa największe muzyczne festiwale w kraju nad Wisłą aż tak się różnią?

Inny festiwal – różni uczestnicy?

„Na Openera jeździ zupełnie inny typ ludzi”, „to festiwal dla bogatych gnojków”, „snobistyczny klimat” – takie krążą opinie. Faktycznie, mało który z poznanych przeze mnie festiwalowiczów, zapytany czy jeździ bawić się w Kostrzynie nad Odrą, odpowiadał twierdząco. Nawet jeśli tacy śmiałkowie się znaleźli, zwykle były to ich jednorazowe wybryki.

Rzeczywiście, po terenie gdyńskiego lotniska lata sporo młodzieży w wieku szkolnym, która z dala od rodziców pozwala sobie pofolgować. Najczęściej to właśnie oni reprezentują  specyficzną grupę, którą określam jako „newschool”. Dziewczynki w barwnym makijażu z doklejanymi diamentami i chłopcy w kolorowych skarpetkach, wypełniają miejsce nieobecnych na Open'erze i typowych dla Pol’and’Rocka przedstawicieli subkultur: punkowej, metalowej, hipisowskiej.

Choć w przypadku części festiwalowiczów na pierwszy rzut oka widać którą imprezę odwiedzają, to sporym uogólnieniem byłoby, zakwalifikowanie wszystkich do konkretnego „typu” lub subkultury. Różnice są widoczne w ubiorze czy zachowaniu, ale pamiętajmy, że na oba festiwale jeżdżą dziesiątki tysięcy ludzi (w tym roku szacowana liczba uczestników Open'era to ok. 50 tys.) i są to osoby w różnym wieku, o różnych gustach, poglądach, osobowościach.

Muzyka – łączy czy dzieli?

Inni uczestnicy to różne gusta muzyczne. Organizatorzy obu imprez starają się zapraszać reprezentantów różnych stylów i gatunków muzycznych, lecz „line-upy” festiwali wyraźnie się od siebie różnią. Na Open'erze dominuje pop, alternatywa, rap. Rzadziej spotkamy tam przedstawicieli metalu czy punk-rocka, w przeciwieństwie do festiwalu WOŚPu. Nie ma też prowadzących na scenach, którzy zapowiadają artystów i zabawiają tłum w trakcie oczekiwania na koncert, lub po nim.

Bardziej młodzieżowy i nowoczesny styl muzyczny, przysparza wykonawcom, występującym na pięciu gdyńskich scenach, zupełnie innej widowni. Ta z kolei, spragniona jest imprezowego brzmienia. Brak ciężkich riffów nie oznacza jednak braku „tańca-obijańca” – pogo, które zobaczyć można podczas koncertów rapowych.

W miasteczku festiwalowym pełno jest sponsorskich konstrukcji, gdzie na wzór miejskich klubów, można bawić się do muzyki klubowej, granej przez DJ’ów. Jedna ze scen poświęcona jest wyłącznie muzyce techno, której towarzyszy epileptycznie, permanentnie migające światło. Na  deskach mniejszej, poszukiwacze nowych brzmień mogą odkrywać mniej znane zespoły. Za to na trzech pozostałych nie brakuje gwiazd polskiego i światowego formatu.

W tym roku główną scenę odwiedzili min. Travis Scott, The Strokes, The Smashing Pumpkins, Kylie Minogue, Lana Del Rey czy Swedish House Mafia. Wszystkim wykonawcom towarzyszył prawdziwy spektakl świateł, świetne festiwalowe nagłośnienie oraz dodatkowe efekty: wizualizacje, własne atrybuty sceniczne, pirotechnika itd. Główna scena była przystosowana do tworzenia nawet najbardziej widowiskowych show.

Impreza dla bogaczy?

Pol’and’Rock również może pochwalić się okazałą sceną, ale także tym, że jest imprezą niebiletowaną. Za rozbicie namiotu nie płaci się nic. Na terenie działa festiwalowy market, strefa gastronomiczna oferuje wyżywienie w cenach nie przekraczających 20 zł, a piwo jest tańsze niż w pubie. Jednym słowem – warunki przystępne na każdą kieszeń. Jak ceny kształtują się na Open’er festiwal?

Po pierwsze obowiązują bilety, których koszt waha się od 289 zł za jeden dzień, do 639 za cztery dni (w ostatniej puli). Ponadto, pole namiotowe i parking są dodatkowo płatne. Nawet prysznic na polu podlega dopłacie. W miasteczku festiwalowym można smacznie zjeść w food truckach, w których ceny zaczynają się od 20 zł. Piwo kosztuje tam dyszkę, podobnie jak paczka chipsów, a za puszkę energetyka zapłacimy 7 zł.

Open’er wypada relatywnie drożej? Zależy do czego porównujemy. Uczestnicy twierdzą, że spośród biletowanych festiwali, organizowanych na tak dużą skalę, jest to najtańsza impreza w Europie. Dla porównania, karnety na angielski festiwal Glastonbury, kupowane z rocznym wyprzedzeniem, kosztują ponad 250 funtów (w przybliżeniu 1000zł).

Nie zmienia to faktu, że cena - zarówno biletów, jak i całego pobytu, znacząco wpływa na decyzję osób, myślących o przyjeździe do Gdyni. Ci, dla których wykonawcy, ogłoszeni na daną edycję nie spełniają oczekiwań, raczej nie zdecydują się wydać pieniędzy na bilet. Są tacy, dla których dane gwiazdy stanowią wystarczającą rekompensatę poniesionych kosztów. Istnieją też osoby, które jadą dla samego festiwalu,żeby poczuć klimat i trochę się rozerwać. Sądzę, że jest ich więcej w przypadku Pol’and’Rocka.

Jak się żyje na festiwalu?

Tam też, pole namiotowe stanowi integralną część festiwalu. Przeżycie paru dni w namiocie jest dla niektórych nie lada wyzwaniem, zwłaszcza w warunkach upału lub deszczu. Mimo to, taka przygoda pozwala lepiej poczuć festiwalowy klimat, podkreślając jego wyjątkowość. Podobnie jak koszty w przypadku Open’era, świadczy o determinacji uczestników, w przełamywaniu barier na poczet dobrej zabawy.

W Gdyni pole namiotowe leży poza miasteczkiem festiwalowym. Dzieli je kawałek drogi. Muszę jednak wspomnieć, że większość osób, zamiast karimaty pod tropikiem wybiera wygodne łóżko w jednym z trójmiejskich hoteli. To rozwiązanie pozwala na większą swobodę przechowywania stylizacji festiwalowych i utrzymanie ich w czystości. Na Open'era można się stroić. Panuje tam moda (często hipsterska, ale moda), której najwyrazistszym wyrazem jest namiot poświęcony wystawom i pokazom projektantów. Na Pol’and’Rocku batalię pomiędzy modnym i praktycznym zdecydowanie wygrywa to drugie.

Nocleg w hotelu wiąże się z dojazdem komunikacją na teren imprezy, na którą można wejść dopiero o 15. Do tej godziny odbywają się próby dźwięku i sprzątanie – tak, na Open’erze jest czysto. Ponadto, ochrona mocno przeszukuje uczestników przy wejściach na teren festiwalu i pola namiotowego, gdzie patrole zaglądają nawet do namiotów. Z jednej strony bezpieczeństwo, z drugiej brak prywatności.

Moje wrażenia

Podczas tegorocznej edycji festiwalu w Gdyni, było zimno, deszczowo, ale nie ponuro. Poznałem wiele osób, o najróżniejszych charakterach i wszystkim przyświecała dobra zabawa. Mity o snobach zamiatam więc w kąt, bo spotkałem się z ogólną uprzejmością. Przyznaję też, że były to inne osoby niż te, jeżdżące na Pol’and’Rock. Nie widziałem nikogo niosącego tabliczkę z napisem, nikt nie prosił mnie o dolewkę piwa, nie zagadał mnie żaden przebieraniec.

Odwiedziłem parę koncertów, z których wyróżnić pragnę kilka. The Smashing Pumpkins, który stworzył prawdziwe widowisko dzięki charakterystycznemu wokalowi, gitarowej energii i niezwykłej oprawie wizualnej. Z przyjemnością słuchałem też występów Darii Zawiałow i The 1975, a festiwalowym odkryciem okazał się dla mnie Tom Walker. Razem z Laną del Rey odśpiewałem "Summertime Sadness", natomiast koncertu The Strokes (pomimo bliskości), z uwagi na szalejącą burzę, wysłuchałem dzięki transmisji radiowej na festiwalowej strefie konkurencyjnej stacji.
 
Moim osobistym faworytem była jednak Greta Van Fleet. Rock’n’rollowa energia płynąca ze sceny, w stylistyce przypominającej dokonania Led Zeppelin i reakcje publiczności całkowicie mnie oczarowały. Zespół w dużym stopniu rozbudowywał studyjne wersje piosenek, momentami tworząc psychodeliczny spektakl dźwięku. Utalentowani chłopcy z Greta Van Fleet dawali z siebie wszystko, co momentami mogło męczyć ucho, ale robiło piorunujące wrażenie.

Poza koncertami organizatorzy zapewnili uczestnikom całą moc atrakcji. Niektóre z nich to: silent disco, sklep festiwalowy, serialowe stoisko Stranger Things, gdzie można było zagrać na automatach. Osobiście, najbardziej upodobałem sobie kącik z gitarą elektryczną i perkusją, w którym każdy mógł spróbować własnych sił w muzycznych zmaganiach. Dzięki niemu, mogę z dumą stwierdzić, że grałem na Open’er Festiwal 2019.

Jakub Staff Budner
Redakcja muzyczna

Ta strona wykorzystuje cookies tylko do analizy odwiedzin. Nie przechowujemy żadnych danych personalnych. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystywanie cookies, możesz je zablokować w ustawieniach swojej przeglądarki.

OK