Od słowa do czynu - here we are, czyli Grzegorz Śliwiński o Salonie 908
KATEGORIA: Kultura
Wraz z nowym rokiem na mapie Poznania pojawiło się nowe miejsce prezentujące sztukę. Na jednej z platform społecznościowych niedługo później opublikowano skromny, minimalistyczny wpis: napis na białym tle informujący o galerii w procesie i nazwa – Salon 908. Bez wielkich zapowiedzi, bez manifestu. Wkrótce potem ogłoszono pierwszą wystawę zatytułowaną „Witam”, która mimo kameralności miejsca zgromadziła nazwiska dobrze znane na polskiej scenie artystycznej: Jędrzej Bieńko, Norbert Delman, Wiktor Dyndo, Helena Minginowicz, Karol Palczak, Szaweł Płóciennik i Radek Szlaga.
Nowa przestrzeń wystawiennicza powstała w mieszkaniu na ul. Mostowej i od początku sugerowała inny rytm działania niż instytucjonalne galerie, bo bardziej domowy, bezpośredni, oparty na spotkaniu. Pierwsza wystawa zdążyła się już zamknąć, ale miejsce dopiero zaczyna swoją historię.
Z Grzegorzem Śliwińskim, który prowadzi Salon 908, spotkałem się 1 marca na kanapie w salonie – dokładnie tam, gdzie jeszcze niedawno oglądało się prace z wystawy „Witam”.
Bartosz Czyżyk: Zacznę dosyć wprost, a mianowicie: jaki był bodziec, który sprawił, że chciałeś zrealizować ten pomysł?
Grzegorz Śliwiński: Jako że pracuję w kulturze, a sztuka to moja pasja, naturalnie chciałbym łączyć ją z działalnością zawodową. Często dostawałem też pytania, dlaczego nie otworzę czegoś własnego. Ci, którzy pracują w sztukach wizualnych lub prowadzą działalność galeryjną, wiedzą, że nie jest to łatwy proces, dlatego wydawało mi się to na ten moment abstrakcyjnym pomysłem. Impulsem stała się możliwość wynajęcia mieszkania, w którym aktualnie rozmawiamy. Nałożyło się to na rozmowę z moim znajomym Michałem i to on zasugerował mi, bym wykorzystał tę szansę od losu w postaci dodatkowego pokoju. W końcu to idealna okazja i idealna przestrzeń. Od słowa do czynu here we are.
BC: Czy gdyby nie ta niezwykła okazja, nie byłoby nas tutaj dziś? Szukałbyś alternatywnej przestrzeni?
GŚ: Przyznam, że ta przestrzeń w pełny sposób odpowiada mojej wizji prowadzenia takiego projektu. Mieszkanie jest idealnie podzielone: z jednej strony przestrzeń wystawiennicza do oglądania, z drugiej salon, z którego na co dzień korzystam i w którym pracuję. To zestawienie doskonale odpowiada temu, jak widziałbym ten projekt dziś i w przyszłości. Są w nim elementy mojej codzienności i jest dobrym punktem zaczepienia na start. Ze względu na to, że to moje mieszkanie, mam komfort podjęcia gości w taki sposób na jakim mi zależy.
BC: I daleko nie masz.
Od początku lutego możemy oglądać piękną, czystą, sterylną, ale też dość dużą przestrzeń do prezentacji prac, głównie malarskich. Jak wyglądało mieszkanie, gdy przyszedłeś do niego po raz pierwszy i jak wymagające było dojście do momentu, w którym jesteśmy teraz?
GŚ: Nie było tu tragedii. Ściany wymagały odmalowania, ale na pewno nie był potrzebny generalny remont. Największym wyzwaniem było niedziałające przejście z korytarza do salonu, które naprawił mój ojciec (na godziny przed otwarciem przestrzeni). Z jego pomocą zawiesiliśmy również lampę, którą poprzedni lokatorzy ukryli za piecem, a która dawała piękne, mleczne światło, idealne dla tej przestrzeni. Zamiast niej powiesili papierową lampę z Ikei. Więcej problemów z przestrzenią nie było.
BC: Czy czujesz, że cały proces poszedł dość szybko, czy raczej był długi?
GŚ: Rozmowa na której pojawił się pomysł miała miejsce 28 października, decyzja zapadła 13 grudnia. W okolicach świąt finalizowałem koncepcję projektu, ostatni transport był pod koniec stycznia, a przestrzeń otworzyła się 6 lutego. Trudno mi określić, czy to długi, czy krótki proces. Jedno mogę powiedzieć na pewno - był to bardzo intensywny czas. Na szczęście miałem wokół siebie wielu życzliwych ludzi, dzięki którym wszystko poszło sprawniej oraz dzięki czemu projekt wszedł na poziom, na który mi zależało. Może to dobry moment, żeby podziękować następującym osobom, bez których nie udałoby mi się otworzyć tego miejsca: mojemu ojcu za pomoc przy instalacji wystawy, mojej partnerce Kasi, Magdzie i Michałowi, z którymi to rozmowa wszystko zaczęła oraz dwóm kolekcjonerom, z których Kolekcji mam przyjemność wystawiać prace, tj. Dionizemu Wicentemu Płaczkowskiemu oraz Bartoszowi Kaczmarkowi. Chciałbym podziękować również dwóm galeriom: Lotnej i Szydłowski Gallery, dzięki których uprzejmości mogę wystawić prace z ich oferty.
BC: Pierwszą informacją, jaką mogliśmy zobaczyć, gdy udostępniłeś w Internecie informacje o Salonie, było to, że jest to projekt czasowy. Jak powinniśmy to rozumieć i jak Ty się czujesz z czasowością tego projektu?
GŚ: Bardzo dobrze. Przyznam, że wytwarza to pewien rygor pracy i konieczność świadomego planowania. Ze względu na prywatne i zawodowe powody, najprawdopodobniej opuszczę to mieszkanie w okolicach wakacji, ale dzięki temu mam określony czas, do kiedy mogę realizować tutaj projekty.
BC: Nie boisz się, że za bardzo Ci się spodoba i zapragniesz przedłużyć?
GŚ: Już teraz to czuję. Tym samym nie jestem pewien, czy rzeczywiście będą to wakacje, kiedy się wyprowadzę. Natomiast sam projekt jako idea będzie żył dalej. Możliwe, że po prostu pod innym adresem. Pozwolę, żeby to czas zadecydował o przyszłości projektu.
BC: Wiem, że działasz już od lat. Nie tylko w Poznaniu, bo pojawiasz się w wielu różnych miejscach, np. w Hiszpanii, Niemczech czy w Warszawie. Możesz mieć więc szerszą perspektywę sceny artystycznej w różnych miastach. Czy tworząc miejsce wystawiennicze w mieście, z którego pochodzisz, chciałeś zapełnić jakąś lukę na artystycznej mapie Poznania, pokazać coś innego?
GŚ: W takim miejscu, jakie sam prowadzę, wcześniej nie byłem, ale mam wiele inspiracji. Jedną z nich jest na pewno ciepło warszawskiego Turnusu, w którym każdy może poczuć się komfortowo i którego nastrój zachęca do naturalnego odwiedzania przestrzeni galeryjnej. Z lokalnych inspiracji wizualnością oddziałuje na mnie przestrzeń Pani Domu, to dość oczywiste nawiązanie, ale silne. W charakterze działania podoba mi się też to, jak prowadzony jest bliss w Warszawie, gdzie od wejścia czuć profesjonalną sprezzaturę.
W mojej przestrzeni pojawić się może skojarzenie ze słynną wystawą Hansa Ulricha Obrista, ale dla mnie jest to raczej wypadkowa działania w przestrzeni prywatnej.
Największy wpływ miała jednak na mnie pięciodniowa wizyta w Londynie, na którą udałem się w związku z researchem do pracy magisterskiej. Byłem tam m.in w świetnej galerii Piano Nobile na Notting Hill, gdzie zostałem przyjęty indywidualnie, po godzinach. Zostałem tam bardzo ciepło ugoszczony: prace, które chciałem obejrzeć, były dla mnie przygotowane, a dodatkowe specjalnie wyciągnięte, poczęstowano mnie herbatą. To było niezwykłe doświadczenie (zwłaszcza w młodym wieku) i chciałbym kontynuować to podejście do poszanowania każdej osoby, która przychodzi do mojej przestrzeni. To wzór, do którego dążę.
BC: Mogę odnieść wrażenie, że w Poznaniu na scenie wystawienniczej nie ma skupienia na doświadczeniu jednostki. Ty z kolei kreujesz coś zupełnie komfortowego dla widza i możesz przełamać pewien stres związany z odwiedzaniem miejsc kultury.
GŚ: Często mam wrażenie, że galerie czy instytucje nieintencjonalnie wytwarzają duży dystans wobec odbiorcy. Pamiętam, gdy byłem na pierwszym stażu w Berlinie i pilnowałem ekspozycji i widziałem, że wiele osób zaglądających przez witrynę, gdy zobaczyli kogoś w środku, zrezygnowali z wejścia. Dlatego, tworząc własną przestrzeń, chciałem wykreować naturalną sytuację dla odwiedzających.
Mam znajomych, którzy są wykształceni, ale nie w kulturze, i czują pewne bariery, czy to białych ścian, skomplikowanych tekstów, czy zmanieryzowanego sposobu bycia w galerii. Pragnąłbym, by u mnie każdy mógł czuć się komfortowo i odbierać sztukę na swój sposób. Staram się też na wystawach nie narzucać interpretacji, a na podstawie mojego wykształcenia z historii sztuki nadawać im odpowiedni kontekst zgodny z wizją autora. Opowiadam o pracach możliwie obiektywnie, by dać odbiorcy przestrzeń na własne przemyślenia.
BC: Odczułem to już na pierwszej prezentacji. Nic nie sugerowało interpretacji, ani tekst kuratorski (którego nie było), ani sam tytuł wystawy, który był prostym i neutralnym „Witam”, zachęcającym do własnej eksploracji znaczeń. Pod tym niepozornym tytułem kryły się jednak dość znaczące nazwiska dla polskiej sztuki. Czy możesz opowiedzieć o procesie dobierania artystów?
GŚ: Selekcja prac artystów jest bardzo subiektywna — zgodna z moim gustem. Projekt nie ma na celu promowania żadnej idei ani wpisywania się w konkretny nurt. Galeria jest przedłużeniem mojego poglądu na sztukę oraz promocji artystów. Pierwsza wystawa była pokłonem do tego, jak dobry był dla mnie zeszły rok. Skończyłem bardzo dobry staż w Berlinie, dostałem pracę, którą uwielbiam, poznałem wiele wspaniałych osób artystycznych. Wystawa to takie podziękowanie za poświęcony mi czas i uprzejmość osób, z którymi współpracowałem.
BC: Już od miesiąca można odwiedzać Twoją przestrzeń. Jaki był odbiór?
GŚ: Najczęściej słyszę: „W takim miejscu jeszcze nie byłem”. Lubię to, bo znaczy, że dla widowni jest to coś nowego i odświeżającego. Chcę wierzyć, że ta przestrzeń jest odpowiedzią na potrzeby społeczne i może wzbogacić scenę artystyczną Poznania.
BC: Gdy mówię dziś „Salon 908”, twoje pierwsze skojarzenie to?
GŚ: Rzetelnie przedstawiona sztuka. Autentyczność.
Następna wystawa w przestrzeni planowana jest na kwiecień.
Więcej o galerii:
https://www.instagram.com/salon__908/
Nowa przestrzeń wystawiennicza powstała w mieszkaniu na ul. Mostowej i od początku sugerowała inny rytm działania niż instytucjonalne galerie, bo bardziej domowy, bezpośredni, oparty na spotkaniu. Pierwsza wystawa zdążyła się już zamknąć, ale miejsce dopiero zaczyna swoją historię.
Z Grzegorzem Śliwińskim, który prowadzi Salon 908, spotkałem się 1 marca na kanapie w salonie – dokładnie tam, gdzie jeszcze niedawno oglądało się prace z wystawy „Witam”.
Bartosz Czyżyk: Zacznę dosyć wprost, a mianowicie: jaki był bodziec, który sprawił, że chciałeś zrealizować ten pomysł?
Grzegorz Śliwiński: Jako że pracuję w kulturze, a sztuka to moja pasja, naturalnie chciałbym łączyć ją z działalnością zawodową. Często dostawałem też pytania, dlaczego nie otworzę czegoś własnego. Ci, którzy pracują w sztukach wizualnych lub prowadzą działalność galeryjną, wiedzą, że nie jest to łatwy proces, dlatego wydawało mi się to na ten moment abstrakcyjnym pomysłem. Impulsem stała się możliwość wynajęcia mieszkania, w którym aktualnie rozmawiamy. Nałożyło się to na rozmowę z moim znajomym Michałem i to on zasugerował mi, bym wykorzystał tę szansę od losu w postaci dodatkowego pokoju. W końcu to idealna okazja i idealna przestrzeń. Od słowa do czynu here we are.
BC: Czy gdyby nie ta niezwykła okazja, nie byłoby nas tutaj dziś? Szukałbyś alternatywnej przestrzeni?
GŚ: Przyznam, że ta przestrzeń w pełny sposób odpowiada mojej wizji prowadzenia takiego projektu. Mieszkanie jest idealnie podzielone: z jednej strony przestrzeń wystawiennicza do oglądania, z drugiej salon, z którego na co dzień korzystam i w którym pracuję. To zestawienie doskonale odpowiada temu, jak widziałbym ten projekt dziś i w przyszłości. Są w nim elementy mojej codzienności i jest dobrym punktem zaczepienia na start. Ze względu na to, że to moje mieszkanie, mam komfort podjęcia gości w taki sposób na jakim mi zależy.
BC: I daleko nie masz.
Od początku lutego możemy oglądać piękną, czystą, sterylną, ale też dość dużą przestrzeń do prezentacji prac, głównie malarskich. Jak wyglądało mieszkanie, gdy przyszedłeś do niego po raz pierwszy i jak wymagające było dojście do momentu, w którym jesteśmy teraz?
GŚ: Nie było tu tragedii. Ściany wymagały odmalowania, ale na pewno nie był potrzebny generalny remont. Największym wyzwaniem było niedziałające przejście z korytarza do salonu, które naprawił mój ojciec (na godziny przed otwarciem przestrzeni). Z jego pomocą zawiesiliśmy również lampę, którą poprzedni lokatorzy ukryli za piecem, a która dawała piękne, mleczne światło, idealne dla tej przestrzeni. Zamiast niej powiesili papierową lampę z Ikei. Więcej problemów z przestrzenią nie było.
BC: Czy czujesz, że cały proces poszedł dość szybko, czy raczej był długi?
GŚ: Rozmowa na której pojawił się pomysł miała miejsce 28 października, decyzja zapadła 13 grudnia. W okolicach świąt finalizowałem koncepcję projektu, ostatni transport był pod koniec stycznia, a przestrzeń otworzyła się 6 lutego. Trudno mi określić, czy to długi, czy krótki proces. Jedno mogę powiedzieć na pewno - był to bardzo intensywny czas. Na szczęście miałem wokół siebie wielu życzliwych ludzi, dzięki którym wszystko poszło sprawniej oraz dzięki czemu projekt wszedł na poziom, na który mi zależało. Może to dobry moment, żeby podziękować następującym osobom, bez których nie udałoby mi się otworzyć tego miejsca: mojemu ojcu za pomoc przy instalacji wystawy, mojej partnerce Kasi, Magdzie i Michałowi, z którymi to rozmowa wszystko zaczęła oraz dwóm kolekcjonerom, z których Kolekcji mam przyjemność wystawiać prace, tj. Dionizemu Wicentemu Płaczkowskiemu oraz Bartoszowi Kaczmarkowi. Chciałbym podziękować również dwóm galeriom: Lotnej i Szydłowski Gallery, dzięki których uprzejmości mogę wystawić prace z ich oferty.
BC: Pierwszą informacją, jaką mogliśmy zobaczyć, gdy udostępniłeś w Internecie informacje o Salonie, było to, że jest to projekt czasowy. Jak powinniśmy to rozumieć i jak Ty się czujesz z czasowością tego projektu?
GŚ: Bardzo dobrze. Przyznam, że wytwarza to pewien rygor pracy i konieczność świadomego planowania. Ze względu na prywatne i zawodowe powody, najprawdopodobniej opuszczę to mieszkanie w okolicach wakacji, ale dzięki temu mam określony czas, do kiedy mogę realizować tutaj projekty.
BC: Nie boisz się, że za bardzo Ci się spodoba i zapragniesz przedłużyć?
GŚ: Już teraz to czuję. Tym samym nie jestem pewien, czy rzeczywiście będą to wakacje, kiedy się wyprowadzę. Natomiast sam projekt jako idea będzie żył dalej. Możliwe, że po prostu pod innym adresem. Pozwolę, żeby to czas zadecydował o przyszłości projektu.
BC: Wiem, że działasz już od lat. Nie tylko w Poznaniu, bo pojawiasz się w wielu różnych miejscach, np. w Hiszpanii, Niemczech czy w Warszawie. Możesz mieć więc szerszą perspektywę sceny artystycznej w różnych miastach. Czy tworząc miejsce wystawiennicze w mieście, z którego pochodzisz, chciałeś zapełnić jakąś lukę na artystycznej mapie Poznania, pokazać coś innego?
GŚ: W takim miejscu, jakie sam prowadzę, wcześniej nie byłem, ale mam wiele inspiracji. Jedną z nich jest na pewno ciepło warszawskiego Turnusu, w którym każdy może poczuć się komfortowo i którego nastrój zachęca do naturalnego odwiedzania przestrzeni galeryjnej. Z lokalnych inspiracji wizualnością oddziałuje na mnie przestrzeń Pani Domu, to dość oczywiste nawiązanie, ale silne. W charakterze działania podoba mi się też to, jak prowadzony jest bliss w Warszawie, gdzie od wejścia czuć profesjonalną sprezzaturę.
W mojej przestrzeni pojawić się może skojarzenie ze słynną wystawą Hansa Ulricha Obrista, ale dla mnie jest to raczej wypadkowa działania w przestrzeni prywatnej.
Największy wpływ miała jednak na mnie pięciodniowa wizyta w Londynie, na którą udałem się w związku z researchem do pracy magisterskiej. Byłem tam m.in w świetnej galerii Piano Nobile na Notting Hill, gdzie zostałem przyjęty indywidualnie, po godzinach. Zostałem tam bardzo ciepło ugoszczony: prace, które chciałem obejrzeć, były dla mnie przygotowane, a dodatkowe specjalnie wyciągnięte, poczęstowano mnie herbatą. To było niezwykłe doświadczenie (zwłaszcza w młodym wieku) i chciałbym kontynuować to podejście do poszanowania każdej osoby, która przychodzi do mojej przestrzeni. To wzór, do którego dążę.
BC: Mogę odnieść wrażenie, że w Poznaniu na scenie wystawienniczej nie ma skupienia na doświadczeniu jednostki. Ty z kolei kreujesz coś zupełnie komfortowego dla widza i możesz przełamać pewien stres związany z odwiedzaniem miejsc kultury.
GŚ: Często mam wrażenie, że galerie czy instytucje nieintencjonalnie wytwarzają duży dystans wobec odbiorcy. Pamiętam, gdy byłem na pierwszym stażu w Berlinie i pilnowałem ekspozycji i widziałem, że wiele osób zaglądających przez witrynę, gdy zobaczyli kogoś w środku, zrezygnowali z wejścia. Dlatego, tworząc własną przestrzeń, chciałem wykreować naturalną sytuację dla odwiedzających.
Mam znajomych, którzy są wykształceni, ale nie w kulturze, i czują pewne bariery, czy to białych ścian, skomplikowanych tekstów, czy zmanieryzowanego sposobu bycia w galerii. Pragnąłbym, by u mnie każdy mógł czuć się komfortowo i odbierać sztukę na swój sposób. Staram się też na wystawach nie narzucać interpretacji, a na podstawie mojego wykształcenia z historii sztuki nadawać im odpowiedni kontekst zgodny z wizją autora. Opowiadam o pracach możliwie obiektywnie, by dać odbiorcy przestrzeń na własne przemyślenia.
BC: Odczułem to już na pierwszej prezentacji. Nic nie sugerowało interpretacji, ani tekst kuratorski (którego nie było), ani sam tytuł wystawy, który był prostym i neutralnym „Witam”, zachęcającym do własnej eksploracji znaczeń. Pod tym niepozornym tytułem kryły się jednak dość znaczące nazwiska dla polskiej sztuki. Czy możesz opowiedzieć o procesie dobierania artystów?
GŚ: Selekcja prac artystów jest bardzo subiektywna — zgodna z moim gustem. Projekt nie ma na celu promowania żadnej idei ani wpisywania się w konkretny nurt. Galeria jest przedłużeniem mojego poglądu na sztukę oraz promocji artystów. Pierwsza wystawa była pokłonem do tego, jak dobry był dla mnie zeszły rok. Skończyłem bardzo dobry staż w Berlinie, dostałem pracę, którą uwielbiam, poznałem wiele wspaniałych osób artystycznych. Wystawa to takie podziękowanie za poświęcony mi czas i uprzejmość osób, z którymi współpracowałem.
BC: Już od miesiąca można odwiedzać Twoją przestrzeń. Jaki był odbiór?
GŚ: Najczęściej słyszę: „W takim miejscu jeszcze nie byłem”. Lubię to, bo znaczy, że dla widowni jest to coś nowego i odświeżającego. Chcę wierzyć, że ta przestrzeń jest odpowiedzią na potrzeby społeczne i może wzbogacić scenę artystyczną Poznania.
BC: Gdy mówię dziś „Salon 908”, twoje pierwsze skojarzenie to?
GŚ: Rzetelnie przedstawiona sztuka. Autentyczność.
Następna wystawa w przestrzeni planowana jest na kwiecień.
Więcej o galerii:
https://www.instagram.com/salon__908/