GREEN DAY - 21 GUNS

Żenada Wears Prada 2

KATEGORIA: Kultura

Komu z Was, drodzy czytelnicy, zdarzyło się mieć brudną wodę w kranie i zamiast wezwać hydraulika, stwierdzić, że lepiej już kupić nowe, luksusowe mieszkanie? I to jeszcze w momencie, kiedy „cały świat się wali”, bo zostaliście wyrzuceni z pracy jako osoba reporterska? Na usta ciśnie się cytat z Anny Kendrick: „Oh muffin, it’s so hard being you”. Tak właśnie toczą się losy Andy Sachs, głównej bohaterki filmu „The Devil Wears Prada 2”, granej przez Anne Hathaway.

Biedna Andy zostaje wyrzucona z pracy, chwilę przed tym jak otrzymuje nagrodę za najlepszy tekst reporterski. Na szczęście niemal od razu pojawia się propozycja innej pracy dla prestiżowej galerii sztuki w Nowym Jorku, gdzie jej przyjaciółka sprzedaje obrazy najbogatszym celebrytom. Chwilę później nasza zagubiona bohaterka wraca jednak tam, skąd kiedyś uciekła — do świata magazynu „Runway” pełnego mody, wpływów, pozorów i Mirandy Priestly, czyli lodowatej, mobbingującej szefowej granej przez Meryl Streep.

Scenariusz zatacza koło, a Andy ponownie zostaje wciągnięta w środowisko, które znamy z pierwszej części filmu. Obok niej wracają też Emily Charlton grana przez Emily Blunt oraz Nigel Kipling grany przez Stanleya Tucciego. Mamy więc nostalgię, znajome twarze i powrót do ikonicznego świata sprzed lat, ale bardzo szybko okazuje się, że za tym wszystkim kryje się w większej części hollywoodzka maszynka do produkowania scen gotowych do użycia w viralowych filmikach.

Ironia filmu polega na tym, że scenarzyści próbują zrobić z Andy ofiarę losu, a wychodzi im postać przerysowana, naiwna i irytująco uprzywilejowana. To kobieta z wielkimi aspiracjami, która najwyraźniej wierzy, że zbawi świat swoją „ciężką pracą” i moralną czystością. Oczywiście wszystko odbywa się (jak mówi sama bohaterka) „bez chodzenia na skróty” - pomijając spanie z tylko dwoma współpracownikami, prestiżowe propozycje pracy spadające z nieba i fakt, że każde zamknięte drzwi otwierają się przed nią w mgnieniu oka.

Najbardziej rażące jest to, że film usilnie próbuje wmówić nam, że Andy jest osobą tragiczną, rozdwojoną między ambicją a przyzwoitością. Najpierw wraca do środowiska, które doskonale zna. Potem dziwi się, że funkcjonuje ono dokładnie tak samo jak wcześniej. Następnie cierpi, waha się, wygłasza moralne deklaracje i zachowuje się tak, jakby była jedyną osobą w Nowym Jorku, która zdała sobie sprawę, że wielkie media, moda i pieniądze nie zawsze idą w parze z etyką.

Kulminacją tej pozy jest wątek książki o Mirandzie Priestly. Andy ma możliwość napisania biografii, która mogłaby ujawnić prawdziwe oblicze swojej dawnej szefowej. I co robi? Oczywiście odmawia, bo przecież nie jest „takim typem osoby”. Film próbuje sprzedać nam tę decyzję jako gest przyzwoitości i wewnętrznej siły. Jeszcze bardziej absurdalnie robi się wtedy, gdy sama Miranda prosi Andy, żeby jednak napisała tę biografię. W tym momencie film całkowicie przekracza granicę wiarygodności, Rozumiem, że jest to film fabularny i nie musi mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. Ale skala absurdu i niepowagi sytuacji jest tutaj wręcz rażąca. 

Wielki marketing, gale, zapowiedzi, wywiady związane z premierą filmu służyły temu, żeby po raz kolejny w najbardziej prostolinijny, hollywoodzki sposób wmówić ludziom, że „mogą wszystko, jeśli tylko chcą”. Jeśli prawdą jest teoria, że od każdego człowieka na świecie dzieli nas siedem osób, to Andy Sachs tworzy własną wersję tej zasady: tak naprawdę dzieli nas tylko telefon, trochę chęci i naiwna wiara we własne powodzenie.

Najlepiej pokazuje to scena, w której Andy musi załatwić wywiad z osobą, która od trzech lat zniknęła z medialnego świata. Andy wystarczy jednak zadzwonić do pani wyprowadzającej psy, zdobyć numer telefonu, bezwysiłkowo przekonać rozmówczynię do wywiadu, osiągnąć sukces, rozgłos, sławę i zaufanie. Widzicie jakie to proste? 

Film próbuje też dorzucić nowe postacie i współczesne problemy, żeby udawać, że naprawdę mówi coś o dzisiejszym świecie. Pojawia się między innymi Benji Barnes, grany przez Justina Theroux — przerysowany technologiczny miliarder i partner Emily Charlton, przedstawiany jako karykaturalny symbol naszych czasów, w której pieniądze, technologia i sztuczna inteligencja wchodzą do świata mody i brutalnie dyktują warunki. Moralizatorski dialog między Barnesem a Mirandą o tym, że AI zastąpi działalność człowieka, miał wydźwięk prawdy objawionej, takiej, którą widz miał najwyraźniej usłyszeć po raz pierwszy w życiu.

Ostatecznie „The Devil Wears Prada 2” nie jest ani ostrą satyrą na media, ani błyskotliwą opowieścią o ambicji, ani dojrzałym powrotem do historii znanych bohaterek. To raczej katalog scen zaprojektowanych tak, żeby można je było pociąć na shortsy, wrzucić na social media i nadać miano kolejnego „iconic virala”. Każde spojrzenie Mirandy, każdy dramatyczny dialog Andy i każda przesadnie wystylizowana scena wyglądają tak, jakby od początku były tworzone nie dla filmu, tylko dla języka internetu.

Jeśli macie ochotę obejrzeć produkcję, która przy każdej scenie aż prosi się o pocięcie na viralowe fragmenty i zamieszczenie w sieci, to ten film zdecydowanie jest dla Was. Jeśli jednak oczekujecie czegoś więcej niż luksusowej wydmuszki, hollywoodzkiego bajdurzenia i historii o tym, że sukces is just one call away, to przejdźcie się lepiej 
na filmową biografię Miachaela w reżyserii Antoine’a Fuquai.

Maria Bartkowiak


Ta strona wykorzystuje cookies tylko do analizy odwiedzin. Nie przechowujemy żadnych danych personalnych. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystywanie cookies, możesz je zablokować w ustawieniach swojej przeglądarki.

OK