Dowiedziałem się to gadam #3 Cyfrowe życie nastolatków. Rozmowa z Jakubem Pilarczykiem
KATEGORIA: Studia
Cyfrowe życie nastolatków. Rozmowa z Jakubem Pilarczykiem
Kiedyś rówieśnicze nieporozumienia/afery pozostawały w szkolnych murach. Po powrocie do domu nastolatek mógł o nich myśleć, ale na tym koniec – miał fizyczny spokój. Dziś nosi te wszystkie dramaty we własnej kieszeni. Przez grupy na portalach społecznościowych i grupach szkolna kłótnia potrafi trwać całą dobę. Nawet jeśli nikt akurat nic nie pisze, w głowie zostaje napięcie i oczekiwanie, czy za chwilę nie pojawi się jakieś powiadomienie. Załamujemy się nad kondycją młodzieży zapatrzoną w ekrany, nierzadko wpadając w identyczne pułapki. O mechanizmach, lękach i potrzebie akceptacji rozmawiam z Jakubem Pilarczykiem, psychologiem klinicznym Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera w Poznaniu.
Jakub Bućko-Łoś: Panie Jakubie, cyfrowa presja objawia się u każdego całkowicie inaczej. Z czym w tej nowej rzeczywistości młodzi ludzie przychodzą do Pańskiego gabinetu? Gdzie leży główna różnica w tych kryzysach, jeśli zestawimy obok siebie świat 8-latka i 18-latka?
Jakub Pilarczyk: To są zupełnie różne światy i inne etapy rozwoju. U 8-latków problemy krążą głównie wokół samej szkoły, adaptacji i obowiązków. Z kolei 18-latek to już moment usamodzielniania się, relacji rodzinnych, rówieśniczych czy damsko-męskich. To czas budowania tożsamości. Taki nastolatek walczy o swoją przestrzeń – chce robić rzeczy po swojemu, ale często zderza się ze ścianą braku akceptacji w domu. Zdarza mi się słyszeć od nastolatków: „czuję się traktowany jak dziesięciolatek”.I tu wchodzi świat cyfrowy. O ile młodsze dzieci wciągają głównie gry, o tyle u starszych, od 7-8 klasy, uwaga przenosi się całkowicie na media społecznościowe. To tam toczy się życie towarzyskie i tam buduje się samoocenę.
Jakub Bućko-Łoś: Wyobraźmy sobie eksperyment. Odcinamy przeciętnemu 15-latkowi dostęp do sieci na równe 24 godzin. Jak szybko u Pańskich drzwi ustawiłaby się kolejka pacjentów?
Jakub Pilarczyk: Wbrew pozorom, nie jestem aż tak pesymistyczny. Mam wręcz wrażenie, że gdybyśmy to zrobili, w tych dzieciach natychmiast obudziłaby się kreatywność. Zaczęłyby zagospodarowywać tę energię inaczej. One same często są zaskoczone tym, że bez telefonu potrafią robić inne, ciekawe rzeczy. Prawdziwy problem polega na tym, że internet i media społecznościowe są po prostu najłatwiejsza opcja. Nie trzeba w nią wkładać żadnego wysiłku. Nie muszę szukać zajęcia, nie muszę się konfrontować z nudą – wystarczy, że przewinę ekran. Mogę nie odpowiedzieć, mogę się wylogować. To rozrywka i substytut relacji na wyciągnięcie ręki, bez żadnego kosztu energetycznego.
Jakub Bućko-Łoś: Skoro wszystko jest takie łatwe, a młodzi ludzie są bombardowani wyidealizowanym życiem influencerów – jak sobie z tym radzą? Jak zderzenie własnej codzienności z tą iluzją wpływa na ich psychikę?
Jakub Pilarczyk: Skutki są bardzo negatywnie, zwłaszcza jeśli dziecko buduje swój obraz świata wyłącznie na tej podstawie. Widzę, jak potężne zniszczenia w samoocenie robi ciągłe porównywanie się do wykreowanego życia innych. Dzieci mówią wprost: „chciałbym być influencerem”, bo to wydaje im się życiem pełnym samych korzyści. Co ciekawe, one często nie odróżniają prawdy od reklamy. Kiedy pytam, czy wiedzą, że dany idol reklamuje produkt za pieniądze, zaprzeczają. Uważają, że reklama to jest blok w telewizji w trakcie filmu, a jeśli ich ulubiony youtuber pokazuje nowy sprzęt czy ciuchy, to znaczy, że po prostu takie ma. Nie weryfikują tego świata, biorą go za 100-procentową prawdę.
Jakub Bućko-Łoś: Przejdźmy do potrzeby zewnętrznej walidacji w sieci? Co czuje nastolatek, który wrzuca swoje zdjęcie i nie dostaje pod nim żadnej reakcji?
Jakub Pilarczyk: Jeżeli intencją wrzucenia zdjęcia było zwrócenie na siebie uwagi, to brak odzewu jest bezlitosny. Nastolatek odbiera to jednoznacznie: „jestem nieinteresujący, jestem brzydki”. Poczucie własnej wartości u dzieci jest w ogromnym stopniu zbudowane wokół wyglądu i popularności w sieci. Miewają trudność z wymieniem innych zasobów, na których opierają swoją wartość. Czasem przybiera to wręcz absurdalne formy. Miałem pacjentów, którzy celowo przestawali się dobrze uczyć, bo w ich klasie posiadanie dobrych ocen oznaczało wykluczenie i łatkę „kujona”. Woleli porzucić własne ambicje edukacyjne, byle tylko zyskać akceptację grupy. Przynależność jest dla nich ważniejsza niż własne cele.
Jakub Bućko-Łoś: Skoro ta samoocena wisi na krawędzi internetowego komentarza, to co się dzieje w samym momencie oczekiwania? Mówimy o zjawisku FOMO ciągyłm bodźcowaniu się i neurobiologii. Jak ten przymus bycia online wpływa na cierpliwość i odporność?
Jakub Pilarczyk: Może to wpływać na to, że nastolatek zacznie oczekiwać szybkiego efektu we wszystkim, co robi. Na poziomie neurobiologicznym mamy tu do czynienia z bardzo mocnym wyrzutem neuroprzekaźników, takich jak dopamina czy serotonina. To w jakimś stopniu uczy mózg, że nagroda musi być natychmiastowa – nie trzeba na nią czekać. Przez to, że telefon jest cały czas “przy nodze”, w kieszeni, na wyciągnięcie ręki, pojawia się paraliżujące poczucie, że coś może mnie ominąć.
Kiedyś zamykaliśmy za sobą drzwi i pewne sprawy wracały do nas dopiero następnego dnia. Dziś to życie rówieśnicze rozlewa się na całą dobę. Czekanie stało się źródłem ogromnego napięcia, którego młodzi ludzie nie potrafią już ćwiczyć. Kiedy nastolatek wysyła wiadomość – czy to w sprawie wyjścia do kina, czy randki – oczekuje reakcji tu i teraz. Im dłużej trwa cisza, tym bardziej to napięcie rośnie. Widzę u dzieci ogromną potrzebę bardzo szybkiej odpowiedzi, bo gdy ktoś milknie, w tę pustkę natychmiast wkładana jest bolesna interpretacja: „Pewnie mnie nie lubi, być może napisałam coś nie tak”. Zaczyna się obsesyjne analizowanie, czy ze mną wszystko jest okej. To jest potężna pułapka.
Jakub Bućko-Łoś: To napięcie i lęk przed oceną rówieśników sprawiają, że wielu młodych ludzi zaczyna szukać akceptacji poza swoją klasą czy domem. Często kończy się to budowaniem fałszywego wizerunku w sieci lub szukaniem bliskości u zupełnie obcych ludzi. Jak niebezpieczna jest ta ucieczka w internetową anonimowość, zwłaszcza gdy w grę wchodzą problemy rodzinne czy brak zrozumienia u najbliższych?
Jakub Pilarczyk: To jest ogromne zagrożenie, szczególnie dla dzieci, które w realnym świecie mają problemy z nawiązywaniem relacji, spotkały się z odrzuceniem albo mają trudną sytuację w domu. Często te dzieci szukają popularności w sieci, bo nie są zauważone przez rodziców, którzy są zajęci rozwodem, problemami zawodowymi czy opieką nad innymi członkami rodziny. Takie dziecko samotnie „dryfuje” i nagle w internecie ktoś się do niego odzywa.
Możliwość znalezienia kogoś, kto nas zaakceptuje, jest w sieci znacznie większa – granice się rozmyły, można rozmawiać z kimś z innego miasta czy kraju. Ja tego nie demonizuję, bo poznawanie ludzi samo w sobie nie jest złe, ale pytanie brzmi: jaka stoi za tym intencja? Często dziecko robi to bezrefleksyjnie: „Nareszcie jestem przez kogoś zauważona”. I tu pojawia się prawdziwe niebezpieczeństwo. Miałem w gabinecie konsultacje dotyczące dzieci, które otrzymywały nagie zdjęcia od dorosłych osób lub same je wysyłały, dostając niemoralne propozycje. Policja często jest tu bezradna, bo to są konta trudne do ustalenia.
Dla dziecka z niską samooceną kreowanie wizerunku niezgodnego z prawdą jest kuszące, ale to pułapka. Nawet jeśli uda mu się zbudować taką „ułudę znajomości”, to w środku narasta lęk, że ktoś odkryje prawdę. W internecie jest łatwiej, bo zawsze można nie odpowiedzieć, przerwać kontakt. Na żywo rzeczywistość weryfikuje wszystko, dlatego wiele dzieci nawet nie planuje przenosić tych relacji do realnego świata – ten dystans je w ich mniemaniu chroni, ale jednocześnie izoluje.
Jakub Bućko-Łoś: Skoro klasa potrafi być tak bezlitosna, a relacje z obcymi w sieci niosą ze sobą sporo zagrożeń, nic dziwnego, że młodzi ludzie szukają przyjaciela, który ich nie krytykuje. Coraz częściej uciekają w rozmowy ze sztuczną inteligencją, na przykład z Chatem GPT. Jak takie parasocjalne, jednostronne relacje wpływają na młody umysł?
Jakub Pilarczyk: Mogą mieć bardzo destrukcyjny wpływ na przyszłe, dorosłe życie. Relacja z AI jest kusząca, bo oferuje pełne, bezgraniczne zrozumienie. Nie ma w niej ryzyka, że dziecko poczuje się negatywnie ocenione. Problem w tym, że w realnym świecie takie idealne relacje po prostu nie istnieją. Poczucie własnej wartości powinno opierać się na akceptacji faktu, że jesteśmy w czymś dobrzy, ale mamy też wady. Sztuczna inteligencja zniekształca ten obraz, stale utwierdzając nastolatka w przekonaniu, że jest wspaniały i bez skazy. Gdy takie dziecko wyjdzie do prawdziwych ludzi, zderzy się ze ścianą – bo nie każdy rówieśnik uzna je za idealne. Taka ułuda może prowadzić do unikania trudnych, realnych kontaktów.
Jakub Bućko-Łoś: Co w takim razie może zrobić rodzic? Czy tradycyjna konfiskata telefonu i odcinanie od komputera czy Wi-Fi mają w ogóle jakikolwiek sens, czy to tylko przepis na wojnę?
Jakub Pilarczyk: Kary i siłowe odbieranie sprzętu po prostu nie działają. Zdecydowanie bardziej polecam wprowadzenie pojęcia „higieny cyfrowej”. Telefon nie jest potrzebny w nocy, ustalamy jasny limit godzin. Jednak, najważniejsze to zacząć od siebie – jeśli rodzic sam spędza każdą wolną chwilę ze wzrokiem wlepionym w ekran, dziecko to po prostu kopiuje. Musimy dać mu przykład, że wolny czas można spędzić na sporcie, czytaniu, wspólnej zabawie.
I tu pojawiają się dwa, pozornie sprzeczne, ale kluczowe filary. Pierwszym jest zaangażowanie w realny świat. Często, z dobrego serca, chronimy dzieci przed obowiązkami domowymi, bo mają dużo nauki. To błąd, bo odcinamy je od poczucia sprawstwa. Zaangażowanie w proste prace domowe czy sport pomaga dziecku sprawdzać się w realnych, a nie wirtualnych umiejętnościach.
Z drugiej jednak strony – nie możemy wpaść w pułapkę „nadaktywności”. Tu pojawia się drugi filar: prawo do nudy. Rodzice często chcą, by dziecko było cały czas w coś zaangażowane – szkoła, a zaraz potem seria zajęć dodatkowych. Tymczasem nuda to czas na konieczną regenerację układu nerwowego. Dziecko musi mieć prawo po prostu leżeć i nic nie robić. To właśnie w takich momentach resetu – kiedy nie wypełniamy mu czasu ani telefonem, ani kolejnym treningiem – ma ono szansę samo z siebie wymyślić jakieś nowe, pozasieciowe zajęcie.
Jakub Bućko-Łoś: Na koniec zapytam o to, co dla rodziców najważniejsze. Jaki jest pierwszy sygnał alarmowy, że relacja dziecka z mediami stała się po prostu niezdrowa?
Jakub Pilarczyk: Najważniejszym sygnałem jest moment, w którym dziecko zaczyna się wycofywać z realnego życia i dotychczasowych relacji. Jeśli wcześniej miało koleżanki, kolegów, wychodziło z domu i nagle zaczyna z tego rezygnować na rzecz ekranu – to jest moment, w którym musimy być czujni.
Drugim sygnałem są wyraźne problemy z nastrojem. Jeśli każda próba odłożenia telefonu kończy się agresją, apatią albo silnym lękiem, to znaczy, że ta więź z urządzeniem przejęła kontrolę nad emocjami dziecka. Rodzic, który widzi, że jego syn czy córka przestaje dawać sobie radę z prozą dnia codziennego, bo cały jest „tam”, nie powinien zwlekać. Warto wtedy po prostu porozmawiać, a jeśli to nie pomaga – skonsultować się ze specjalistą. Czasem jedna szczera rozmowa lub ustalenie nowych zasad „higieny cyfrowej” potrafi zdziałać cuda, zanim problem zamieni się w głęboki kryzys.
Jakub Bućko-Łoś: Jak widać poruszanie się w świecie nastolatków i właściwa jego ocena, wcale nie jest prostym zadaniem. Bardzo dziękuję za tę rozmowę i za to, że chciał Pan się podzielić swoją wiedzą i doświadczeniem.
- Jakub Bućko-Łoś
Kiedyś rówieśnicze nieporozumienia/afery pozostawały w szkolnych murach. Po powrocie do domu nastolatek mógł o nich myśleć, ale na tym koniec – miał fizyczny spokój. Dziś nosi te wszystkie dramaty we własnej kieszeni. Przez grupy na portalach społecznościowych i grupach szkolna kłótnia potrafi trwać całą dobę. Nawet jeśli nikt akurat nic nie pisze, w głowie zostaje napięcie i oczekiwanie, czy za chwilę nie pojawi się jakieś powiadomienie. Załamujemy się nad kondycją młodzieży zapatrzoną w ekrany, nierzadko wpadając w identyczne pułapki. O mechanizmach, lękach i potrzebie akceptacji rozmawiam z Jakubem Pilarczykiem, psychologiem klinicznym Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera w Poznaniu.
Jakub Bućko-Łoś: Panie Jakubie, cyfrowa presja objawia się u każdego całkowicie inaczej. Z czym w tej nowej rzeczywistości młodzi ludzie przychodzą do Pańskiego gabinetu? Gdzie leży główna różnica w tych kryzysach, jeśli zestawimy obok siebie świat 8-latka i 18-latka?
Jakub Pilarczyk: To są zupełnie różne światy i inne etapy rozwoju. U 8-latków problemy krążą głównie wokół samej szkoły, adaptacji i obowiązków. Z kolei 18-latek to już moment usamodzielniania się, relacji rodzinnych, rówieśniczych czy damsko-męskich. To czas budowania tożsamości. Taki nastolatek walczy o swoją przestrzeń – chce robić rzeczy po swojemu, ale często zderza się ze ścianą braku akceptacji w domu. Zdarza mi się słyszeć od nastolatków: „czuję się traktowany jak dziesięciolatek”.I tu wchodzi świat cyfrowy. O ile młodsze dzieci wciągają głównie gry, o tyle u starszych, od 7-8 klasy, uwaga przenosi się całkowicie na media społecznościowe. To tam toczy się życie towarzyskie i tam buduje się samoocenę.
Jakub Bućko-Łoś: Wyobraźmy sobie eksperyment. Odcinamy przeciętnemu 15-latkowi dostęp do sieci na równe 24 godzin. Jak szybko u Pańskich drzwi ustawiłaby się kolejka pacjentów?
Jakub Pilarczyk: Wbrew pozorom, nie jestem aż tak pesymistyczny. Mam wręcz wrażenie, że gdybyśmy to zrobili, w tych dzieciach natychmiast obudziłaby się kreatywność. Zaczęłyby zagospodarowywać tę energię inaczej. One same często są zaskoczone tym, że bez telefonu potrafią robić inne, ciekawe rzeczy. Prawdziwy problem polega na tym, że internet i media społecznościowe są po prostu najłatwiejsza opcja. Nie trzeba w nią wkładać żadnego wysiłku. Nie muszę szukać zajęcia, nie muszę się konfrontować z nudą – wystarczy, że przewinę ekran. Mogę nie odpowiedzieć, mogę się wylogować. To rozrywka i substytut relacji na wyciągnięcie ręki, bez żadnego kosztu energetycznego.
Jakub Bućko-Łoś: Skoro wszystko jest takie łatwe, a młodzi ludzie są bombardowani wyidealizowanym życiem influencerów – jak sobie z tym radzą? Jak zderzenie własnej codzienności z tą iluzją wpływa na ich psychikę?
Jakub Pilarczyk: Skutki są bardzo negatywnie, zwłaszcza jeśli dziecko buduje swój obraz świata wyłącznie na tej podstawie. Widzę, jak potężne zniszczenia w samoocenie robi ciągłe porównywanie się do wykreowanego życia innych. Dzieci mówią wprost: „chciałbym być influencerem”, bo to wydaje im się życiem pełnym samych korzyści. Co ciekawe, one często nie odróżniają prawdy od reklamy. Kiedy pytam, czy wiedzą, że dany idol reklamuje produkt za pieniądze, zaprzeczają. Uważają, że reklama to jest blok w telewizji w trakcie filmu, a jeśli ich ulubiony youtuber pokazuje nowy sprzęt czy ciuchy, to znaczy, że po prostu takie ma. Nie weryfikują tego świata, biorą go za 100-procentową prawdę.
Jakub Bućko-Łoś: Przejdźmy do potrzeby zewnętrznej walidacji w sieci? Co czuje nastolatek, który wrzuca swoje zdjęcie i nie dostaje pod nim żadnej reakcji?
Jakub Pilarczyk: Jeżeli intencją wrzucenia zdjęcia było zwrócenie na siebie uwagi, to brak odzewu jest bezlitosny. Nastolatek odbiera to jednoznacznie: „jestem nieinteresujący, jestem brzydki”. Poczucie własnej wartości u dzieci jest w ogromnym stopniu zbudowane wokół wyglądu i popularności w sieci. Miewają trudność z wymieniem innych zasobów, na których opierają swoją wartość. Czasem przybiera to wręcz absurdalne formy. Miałem pacjentów, którzy celowo przestawali się dobrze uczyć, bo w ich klasie posiadanie dobrych ocen oznaczało wykluczenie i łatkę „kujona”. Woleli porzucić własne ambicje edukacyjne, byle tylko zyskać akceptację grupy. Przynależność jest dla nich ważniejsza niż własne cele.
Jakub Bućko-Łoś: Skoro ta samoocena wisi na krawędzi internetowego komentarza, to co się dzieje w samym momencie oczekiwania? Mówimy o zjawisku FOMO ciągyłm bodźcowaniu się i neurobiologii. Jak ten przymus bycia online wpływa na cierpliwość i odporność?
Jakub Pilarczyk: Może to wpływać na to, że nastolatek zacznie oczekiwać szybkiego efektu we wszystkim, co robi. Na poziomie neurobiologicznym mamy tu do czynienia z bardzo mocnym wyrzutem neuroprzekaźników, takich jak dopamina czy serotonina. To w jakimś stopniu uczy mózg, że nagroda musi być natychmiastowa – nie trzeba na nią czekać. Przez to, że telefon jest cały czas “przy nodze”, w kieszeni, na wyciągnięcie ręki, pojawia się paraliżujące poczucie, że coś może mnie ominąć.
Kiedyś zamykaliśmy za sobą drzwi i pewne sprawy wracały do nas dopiero następnego dnia. Dziś to życie rówieśnicze rozlewa się na całą dobę. Czekanie stało się źródłem ogromnego napięcia, którego młodzi ludzie nie potrafią już ćwiczyć. Kiedy nastolatek wysyła wiadomość – czy to w sprawie wyjścia do kina, czy randki – oczekuje reakcji tu i teraz. Im dłużej trwa cisza, tym bardziej to napięcie rośnie. Widzę u dzieci ogromną potrzebę bardzo szybkiej odpowiedzi, bo gdy ktoś milknie, w tę pustkę natychmiast wkładana jest bolesna interpretacja: „Pewnie mnie nie lubi, być może napisałam coś nie tak”. Zaczyna się obsesyjne analizowanie, czy ze mną wszystko jest okej. To jest potężna pułapka.
Jakub Bućko-Łoś: To napięcie i lęk przed oceną rówieśników sprawiają, że wielu młodych ludzi zaczyna szukać akceptacji poza swoją klasą czy domem. Często kończy się to budowaniem fałszywego wizerunku w sieci lub szukaniem bliskości u zupełnie obcych ludzi. Jak niebezpieczna jest ta ucieczka w internetową anonimowość, zwłaszcza gdy w grę wchodzą problemy rodzinne czy brak zrozumienia u najbliższych?
Jakub Pilarczyk: To jest ogromne zagrożenie, szczególnie dla dzieci, które w realnym świecie mają problemy z nawiązywaniem relacji, spotkały się z odrzuceniem albo mają trudną sytuację w domu. Często te dzieci szukają popularności w sieci, bo nie są zauważone przez rodziców, którzy są zajęci rozwodem, problemami zawodowymi czy opieką nad innymi członkami rodziny. Takie dziecko samotnie „dryfuje” i nagle w internecie ktoś się do niego odzywa.
Możliwość znalezienia kogoś, kto nas zaakceptuje, jest w sieci znacznie większa – granice się rozmyły, można rozmawiać z kimś z innego miasta czy kraju. Ja tego nie demonizuję, bo poznawanie ludzi samo w sobie nie jest złe, ale pytanie brzmi: jaka stoi za tym intencja? Często dziecko robi to bezrefleksyjnie: „Nareszcie jestem przez kogoś zauważona”. I tu pojawia się prawdziwe niebezpieczeństwo. Miałem w gabinecie konsultacje dotyczące dzieci, które otrzymywały nagie zdjęcia od dorosłych osób lub same je wysyłały, dostając niemoralne propozycje. Policja często jest tu bezradna, bo to są konta trudne do ustalenia.
Dla dziecka z niską samooceną kreowanie wizerunku niezgodnego z prawdą jest kuszące, ale to pułapka. Nawet jeśli uda mu się zbudować taką „ułudę znajomości”, to w środku narasta lęk, że ktoś odkryje prawdę. W internecie jest łatwiej, bo zawsze można nie odpowiedzieć, przerwać kontakt. Na żywo rzeczywistość weryfikuje wszystko, dlatego wiele dzieci nawet nie planuje przenosić tych relacji do realnego świata – ten dystans je w ich mniemaniu chroni, ale jednocześnie izoluje.
Jakub Bućko-Łoś: Skoro klasa potrafi być tak bezlitosna, a relacje z obcymi w sieci niosą ze sobą sporo zagrożeń, nic dziwnego, że młodzi ludzie szukają przyjaciela, który ich nie krytykuje. Coraz częściej uciekają w rozmowy ze sztuczną inteligencją, na przykład z Chatem GPT. Jak takie parasocjalne, jednostronne relacje wpływają na młody umysł?
Jakub Pilarczyk: Mogą mieć bardzo destrukcyjny wpływ na przyszłe, dorosłe życie. Relacja z AI jest kusząca, bo oferuje pełne, bezgraniczne zrozumienie. Nie ma w niej ryzyka, że dziecko poczuje się negatywnie ocenione. Problem w tym, że w realnym świecie takie idealne relacje po prostu nie istnieją. Poczucie własnej wartości powinno opierać się na akceptacji faktu, że jesteśmy w czymś dobrzy, ale mamy też wady. Sztuczna inteligencja zniekształca ten obraz, stale utwierdzając nastolatka w przekonaniu, że jest wspaniały i bez skazy. Gdy takie dziecko wyjdzie do prawdziwych ludzi, zderzy się ze ścianą – bo nie każdy rówieśnik uzna je za idealne. Taka ułuda może prowadzić do unikania trudnych, realnych kontaktów.
Jakub Bućko-Łoś: Co w takim razie może zrobić rodzic? Czy tradycyjna konfiskata telefonu i odcinanie od komputera czy Wi-Fi mają w ogóle jakikolwiek sens, czy to tylko przepis na wojnę?
Jakub Pilarczyk: Kary i siłowe odbieranie sprzętu po prostu nie działają. Zdecydowanie bardziej polecam wprowadzenie pojęcia „higieny cyfrowej”. Telefon nie jest potrzebny w nocy, ustalamy jasny limit godzin. Jednak, najważniejsze to zacząć od siebie – jeśli rodzic sam spędza każdą wolną chwilę ze wzrokiem wlepionym w ekran, dziecko to po prostu kopiuje. Musimy dać mu przykład, że wolny czas można spędzić na sporcie, czytaniu, wspólnej zabawie.
I tu pojawiają się dwa, pozornie sprzeczne, ale kluczowe filary. Pierwszym jest zaangażowanie w realny świat. Często, z dobrego serca, chronimy dzieci przed obowiązkami domowymi, bo mają dużo nauki. To błąd, bo odcinamy je od poczucia sprawstwa. Zaangażowanie w proste prace domowe czy sport pomaga dziecku sprawdzać się w realnych, a nie wirtualnych umiejętnościach.
Z drugiej jednak strony – nie możemy wpaść w pułapkę „nadaktywności”. Tu pojawia się drugi filar: prawo do nudy. Rodzice często chcą, by dziecko było cały czas w coś zaangażowane – szkoła, a zaraz potem seria zajęć dodatkowych. Tymczasem nuda to czas na konieczną regenerację układu nerwowego. Dziecko musi mieć prawo po prostu leżeć i nic nie robić. To właśnie w takich momentach resetu – kiedy nie wypełniamy mu czasu ani telefonem, ani kolejnym treningiem – ma ono szansę samo z siebie wymyślić jakieś nowe, pozasieciowe zajęcie.
Jakub Bućko-Łoś: Na koniec zapytam o to, co dla rodziców najważniejsze. Jaki jest pierwszy sygnał alarmowy, że relacja dziecka z mediami stała się po prostu niezdrowa?
Jakub Pilarczyk: Najważniejszym sygnałem jest moment, w którym dziecko zaczyna się wycofywać z realnego życia i dotychczasowych relacji. Jeśli wcześniej miało koleżanki, kolegów, wychodziło z domu i nagle zaczyna z tego rezygnować na rzecz ekranu – to jest moment, w którym musimy być czujni.
Drugim sygnałem są wyraźne problemy z nastrojem. Jeśli każda próba odłożenia telefonu kończy się agresją, apatią albo silnym lękiem, to znaczy, że ta więź z urządzeniem przejęła kontrolę nad emocjami dziecka. Rodzic, który widzi, że jego syn czy córka przestaje dawać sobie radę z prozą dnia codziennego, bo cały jest „tam”, nie powinien zwlekać. Warto wtedy po prostu porozmawiać, a jeśli to nie pomaga – skonsultować się ze specjalistą. Czasem jedna szczera rozmowa lub ustalenie nowych zasad „higieny cyfrowej” potrafi zdziałać cuda, zanim problem zamieni się w głęboki kryzys.
Jakub Bućko-Łoś: Jak widać poruszanie się w świecie nastolatków i właściwa jego ocena, wcale nie jest prostym zadaniem. Bardzo dziękuję za tę rozmowę i za to, że chciał Pan się podzielić swoją wiedzą i doświadczeniem.
- Jakub Bućko-Łoś