Byliśmy na pierwszej edycji Summer Punch Festiwal!

KATEGORIA: Muzyka

Byliśmy na pierwszej edycji Summer Punch Festiwal!
Pierwsza edycja nowego festiwalu muzyki gitarowej przeszła do historii. Na mapie Polski za sprawą Winiary Bookings pojawił się Summer Punch Festival skierowany do miłośników mocnego grania. A było czego posłuchać. Od glam rocka po rozmaite odmiany metalu, z dużym naciskiem na metalcore.

Na tyłach warszawskiej Progresji powstały dwie sceny z rozsądnym logistycznie zagospodarowaniem przestrzeni. Spacer spod Progresji pod główną scenę to dobre kilka minut wędrówki. Kto by pomyślał, że jest tam aż tyle miejsca. Dzięki dobrze rozlokowanym korytarzom pomiędzy wejściem, scenami, strefą gastro i wyjściem ani razu nie natknąłem się na tłok. Kolejki do foodtrucków były niemałe, ale wynikało to ze zbyt małej ich liczby. Zaplanowano to tak, że widok na główną scenę stamtąd był bardzo dobry, muzyka docierała bez echa, więc jeśli ktoś dojadał burgera podczas pierwszych taktów ulubionego zespołu, to właściwie niewiele tracił. Stoiska z merchem były solidnie zaopatrzone, ale niestety chyba tylko w koszulki, co było dla mnie sporym zawodem, bo chętnie kupiłbym kilka płyt.

Małe utrudnienia podczas dojazdu do Warszawy uniemożliwiły mi cieszenie się całym pierwszym dniem dwudniowego festiwalu. Dotarłem właściwie pod jego koniec, kiedy na Summer Stage skończył się występ dziewczyn z japońskiego Babymetal. Po spacerze zapoznawczym wysłuchałem kilku utworów Paleface Swiss. Było dość głośno, ale chłopaki z Zurychu mocno grzeją, więc rozgrzany udałem się na gwiazdę wieczoru – Bad Omens. Fanów nie brakowało, czego dowodem były wszędobylskie koszulki zespołu. Właściwie gdybym w tej kategorii oceniał obecność fanów, wyszedłby remis pomiędzy Bad Omens a Three Days Grace. A jak wypadli Amerykanie z Richmond? Poprawnie, ich sympatycy byli ewidentnie zadowoleni. Dla mnie „regularny” wokal Sebastiana jest nieco zbyt melancholijny. Czekałem zawsze na growlowane partie, które przeważnie pojawiały się pod koniec piosenki i były eksplozją energii, skrzętnie dawkowanej przez muzyków przez większość utworu. Koncert był udany, publiczność nie pozostawiała złudzeń, że mogło być inaczej.

Drugi dzień to był dla mnie przede wszystkim występ angielskiego zespołu Yonaka, w Polsce jeszcze niezbyt popularnego, ale po najnowszej, świetnie przyjętej płycie Until You’re Satisfied mam nadzieję, że wielbicieli będzie przybywać. Zagrali swoje najpopularniejsze piosenki i sporo materiału z ostatniego wydawnictwa. Brakowało mi fantastycznych Creature czy Death by Love z pierwszej EP-ki, ale rozumiem, co chcą osiągnąć, pokazując się przed nową publicznością tuż po wydaniu krążka. Ostatecznie energia Theresy Jarvis i jej magnetyczny wokal robią genialną robotę, bez względu na to, po jaki repertuar sięgną. Bawiłem się doskonale pod samą sceną i mimo że dookoła było sporo miejsca, wokalistka bez trudu znalazła chętnych na mosh pit. Pod finałowym Seize the Power ruszyłem w poszukiwaniu dalszych wrażeń. Wytańczony, wyskakany i bardzo zadowolony.

Palaye Royale to kolejna gwiazda głównej sceny, o której warto powiedzieć kilka słów. Na zeszłorocznym Pol’and’Rock Festivalu dali fantastyczny popis rockowej energii. Nie inaczej było tym razem. Wokalista przy instrumentalnym akompaniamencie kolegów niczym duchowy spadkobierca Eddiego Veddera z Pearl Jam wspinał się po konstrukcjach estrady, skakał z głośników czy „pływał” nad głowami widowni na dmuchanym pontonie. Czyste szaleństwo, na które znakomicie się patrzy. I oczywiście słucha! Głośne numery przeplatały się z bardziej nostalgicznymi utworami, takimi jak Lonely czy For You. Wielka szkoda, że organizatorzy nie przewidzieli miejsca na bisy. Dawno już nie widziałem publiki tak długo i głośno domagającej się powtórki. Oklaski i krzyki nie ustawały przez dobrych kilka minut, a najwytrwalsi pod sceną zrezygnowali dopiero, gdy technicy zaczęli rozbierać perkusję. Szkoda, że harmonogram bywa tak sztywny.

Jeśli chodzi o Punch Stage, gdzie prezentowały się „mniejsze” kapele, udało mi się tego dnia posłuchać fragmentu występu grupy Show Me The Body. Niestety tylko fragmentu, bo chociaż grali bardzo do rzeczy, to wczorajsze przypuszczenie ewoluowało w pewność. Na tej scenie bywało nieco zbyt głośno, a do osób narzekających na hałas z reguły nie należę.

Three Days Grace, czyli headliner drugiego i zarazem ostatniego dnia, pokazali się z bardzo dobrej strony. Aczkolwiek w niektórych aspektach mam bliźniacze odczucia jak w przypadku Bad Omens… To znaczy – wszystko niby tu gra, ale ja nie do końca potrafiłem się odnaleźć. Bo pomiędzy chwytliwymi, bardzo dobrze granymi refrenami trafiały się momenty, które zdawały się nieco jałowe. Grane tak, jak gra się rocka, ale często brakowało charakteru. I tak jak Bad Omens nadrabiali dla mnie ostrymi wejściami, tak tutaj ratowały po prostu refreny. Krótkie solówki natomiast niczym się nie wyróżniały. Znowu – ja zadowolony, ale bez szału, a fani – rozśpiewani – ewidentnie bawili się przednio.

Pierwsza odsłona Summer Punch Festival dobiegła końca. Królował zdecydowanie metalcore, nu-metal i kilka podobnych odnóg ciężkiego grania. Nie było jednak ekstremalnych form, takich jak black czy death metal. To nie jest „drugi Mystic” – ewidentnie organizatorzy mają na to swój, odmienny pomysł. Przede wszystkim jest skierowany bardziej do młodszych odbiorców niż do metalowych wyjadaczy. Ogłoszono już, że za rok wydarzenie zostanie wydłużone o dodatkowy dzień. To jasny sygnał, że wbrew temu, co pokazują statystyki serwisów streamingowych, muzyka rockowa i jej mocniejsze odmiany mają się świetnie i jest zapotrzebowanie na takie imprezy.I w to mi graj! 

Dla Radia Afera
Mateusz Zatoń

fot. Maciej Czyżewski

Ta strona wykorzystuje cookies tylko do analizy odwiedzin. Nie przechowujemy żadnych danych personalnych. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystywanie cookies, możesz je zablokować w ustawieniach swojej przeglądarki.

OK