KAVINSKY - NIGHTCALL

Nasza Krew, Wasza Krew – Jarocin 2026

KATEGORIA: Muzyka

     Niewiele mamy w Polsce festiwali o tak długiej tradycji. Jarocin pod różnymi nazwami, z kilkoma przerwami w funkcjonowaniu, niczym maratończyk (i tu chyba nazwa ulicy, przy której od kilku lat stawiane są sceny tego wydarzenia, jest nieprzypadkowa) biegnie dalej od lat 70’ i nie wydaje się zatrzymać w najbliższej przyszłości. 
Z wydarzeniami ciągnącymi tak długo ciężar swojej własnej historii, można zastanawiać się, czy naszemu biegaczowi starcza tchu, czy buty się nie poniszczyły, a krok nieco kuleje. Po 4-dniowej obserwacji, wszystko zdaje się wskazywać, że pacjent ma się dobrze.

Glany, pogo, dyskoteka
     Czwartek – „Dzień 0”, już tedy dało się wyczuć, że coś się w Jarocinie zmieniło. Bywałem w tym mieście wielokrotnie, zwykle tym wizytom towarzyszyła ogólna aura spokoju i powolności. Tym razem wystarczyło wybrać się w okolice rynku czy amfiteatru, żeby poczuć napięcie, jak ta chwila przekroczenia progu sali na koncercie zespołu, na którego obejrzenie czekało się lata. Czwartek był jak powolne napinanie łuku, tylko, że wystrzał padł jeszcze tego samego dnia, nie w piątek. Rytmy Młodych to bodaj najbardziej tradycyjny element Festiwalu w Jarocinie, bardziej nawet niż glany, skóra czy irokez. Jest to oczywiście konkurs, ale osobiście na tej stronie się nie skupiłem, potraktowałem „Rytmy” jako pierwszą serię koncertów, jako Dzień 1 festiwalu. I bardzo dobrze na tym wyszedłem, piękne występy Kuby Folwarcznego czy zespołu Wilgoć były najlepszym preludium do głównych wydarzeń wieczoru o jakich mogłem pomarzyć. Niesamowita energia płynęła od początku z całej sceny, ale jej najjaśniejsza eksplozja nastąpiła wieczorem. Podczas koncertu Sad Smiles, podczas którego zagrali oni "Nową Aleksandrię" wydarzył się mój ulubiony obrazek tej edycji Jarocina - pogo w którym uczesticzyli ludzie wszystkich peseli oraz pochodzenia. Piękne zjednoczenie pod wspólnym sztandarem Siekiery. Potem na scenę weszła Renata Przemyk z projektem Kobiety Jarocina. Moc, wspomnienia, Anja Orthodox śpiewająca "Krakowski Spleen" i odśpiewane przez wszystkich "Kochana" - słowem perfekcja. 

Maraton na maratońskiej
      Pozostałe 3 dni w mojej pamięci zbiły się w jeden, trwający 72 godziny. Podczas niego padał deszcz, smażyło słońce, grali punkowcy, metalowcy, rockmani i cała możliwa gama muzyczna. Opisanie całej gamy koncertów objętościowo wypełniłoby książkę. Ale w głowie pozostają obrazki tych pojedynczych, przykładowych występów. Voo Voo po raz wtóry już udowadniające, że żadne etykiety nie chcą się do nich przykleić. Spięty wyciągający ze swojego repertuaru te najżywsze najbardziej energetyczne kawałki i w pełnym deszczu porywający publiczność do tańca w swojej własnej "Deszczowej Piosence". Strachy Na Lachy grające swoje największe utwory, by na końcu za pomocą kilku akordów "Piły Tango" ustąpić miejsca na scenie tysiącom gardeł, które zaśpiewały ten utwór od początku do końca. Père-Lachaise porywające, niespokojne, zadziorne cudownie rozpychające się na całej Białej Scenie. Zuta, która muzycznie nijak nie wpisuje się w stereotypowe wyobrażenie "Jarocina", poruszała się po scenie jak uosobienie żywej energii, robiąc takie show, że nawet starzy metalowcy szaleli i zapisywali tytuły jej piosenek. No i Lech. Pan Lech Janerka, pożegnał się z Jarocinem chyba najlepiej jak mógł - grając swoje. Nie było specjalnego programu, nie było "The Best Of". Było to co siedzi w sercu artysty, tak jak on chciał i zaplanował. Oczywiście, że zakończył koncert bujającym, kojącym i pełnym optymizmu "Wyobraź Sobie", by chwilę po tym wrócić na scenę, wywoływany przez tysiące osób pod sceną i być może przez samego siebie, i zagrać po ten jeden ostatni "Jezu Jak Się Cieszę". Podobnie jak "Piła Tango" zawłaszczone przez publiczność. No i na wielki finał - projekt "Moja Krew, Twoja Krew". Monument. Trudno wymienić każdy występ, który można było usłyszeć. Ale na długo w mojej pamięci zostanie Tomek Lipiński i Helena Dys śpiewający wraz z absolutnie całą widownią Jarocina "Mówię ci, że". Zagrane na koniec, nie do zbisowania "Moja Krew, Twoja Krew" postawiło kropkę nad dwoma "i" w Festiwal Jarocin. Absolutna moc. 

Rzeczy pewne 
     Na pewno chcę Jarocina za rok. Na pewno w tym roku bawiłem się fenomenalnie. Na pewno zapamiętam tę edycję na całe życie. Na pewno zapamiętam Michała Wiraszkę, żegnającego się ze sceny resztkami swojego głosu i wiem, na pewno, że nie był jedynym, ani nawet jednym ze stu ludzi, którzy zdarli gardło na Jarocinie.

Ta strona wykorzystuje cookies tylko do analizy odwiedzin. Nie przechowujemy żadnych danych personalnych. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystywanie cookies, możesz je zablokować w ustawieniach swojej przeglądarki.

OK