W poszukiwaniu domu…
KATEGORIA: Kultura
Piękne małe mewy trójpalczaste budują gniazda na stromych
odsłoniętych skałach i czasami wszystkie je zmiata sztorm.
Przenoszą się wtedy na inną górę lub zbocze,
a miejsce wypadku jest omijane przez ptasie pokolenia tak długo,
jak długo trwa pamięć o tym zdarzeniu. Tak to właśnie działa.
Po latach ptaki wracają w tę samą okolicę
i prędzej czy później katastrofa się powtarza.
Tromso większości znane jest z ofert wyświetlających się na stronach z “okazyjnymi” lotami. Zazwyczaj oferta okraszona jest zapierającym dech w piersiach, małym prostokątnym zdjęciem zorzy polarnej. Nie ma co, udało się reklamodawcom rozpromować Paryż Północy (jak nazywane było kiedyś Tromso), ale czy mieszkańcy cieszą się z natłoku turystyki i czy samo miasto poznaje w nim siebie sprzed lat?
Ilona Wiśniewska zabiera nas do miejsca, które nijak ma się do wyobrażeń większości nas. Miasto zdecydowanie do spokojnych nie należy - multum turystów z całego świata, gwarne i przepełnione. Na dodatek pełno mew. W tym momencie należy się zatrzymać i zadać sobie pytanie: Czy gdy myślę o krajach skandynawskich, a Norwegia zdecydowanie do nich należy, to czy mam w głowie wizję kraju połączonego nierozerwalnie z naturą?
Moja odpowiedź przed przeczytaniem reportażu byłaby zdecydowanie twierdząca, a Wasza? Jednak już w trakcie czytania moja perspektywa uległa zmianie. Norwegowie traktują bardzo podobnie zwierzęta tak jak inne państwa, uważając jedne stworzenia za lepsze od drugich. Do tych pierwszych z pewnością nie należą mewy, a dokładnie krysie (spolszczona nazwa mew, którymi interesuje się autorka), których dotyczy reportaż. Poznajemy je dzięki pewnej 60-letniej kobiecie, głównej bohaterce krótkiego dokumentu poświęconemu jej i krysi o imieniu JJ, która przylatuje do niej od 10 lat. Autorka książki odnajduję ją i postanawia czekać na przylot ukochanego JJ. To dzięki niemu Wiśniewska zaczyna interesować się losem mew, których życie nie wygląda już jak to sprzed kilku lat.
Ocieplenie klimatyczne postępuje w zastraszającym tempie, odczuwają je nie tylko główni jej winowajcy (patrz ludzie), ale przede wszystkim, zwierzęta, których życie zostaje wywrócone do góry nogami. Taki los spotkał również krysie od dawien dawna zamieszkują pobliskie wody. Przez wzrost temperatury, topniejące lodowce oraz ciągle zaostrzającę się warunki pogodowe nie są w stanie już przetrwać na półkach skalnych okalających morze. Środowisko jest dla nich zbyt zmienne i agresywne, czego skutkiem jest diametralny spadek populacji mew oraz zmiana miejsca ich bytowania. Krysie uciekają do miast, gdyż warunki są tam zdecydowanie łagodniejsze, ale tylko pozornie. Ich głównym wrogiem stają się ludzie niszczący ich gniazda, zabijający parapety deskami lub zakładający na nie kolce. Mewy nie mają gdzie się podziać, a dodatkowo zamiast być “miłą atrakcją” turystyczną, stają się zmorą mieszkańców i wrogiem turystyki. Przeszkadzają ciągłym skrzekiem i zostawianiem po sobie wżerajacych się odchodów. Mieszkańcy nie chcą mew, ale nie zdają sobie sprawy, że jest to dla nich jedyna opcja, aby przeżyć.
Reportaż Ilony Wiśniewskiej dogłębnie porusza, często stawia niewygodne pytania. Jedno szczególnie pozostało w mojej głowie. Dotyczy ono “lepszości” jednych zwierząt nad drugimi, płynnie przechodząc do wyższości jednych ludzi nad innymi. Czy miejscowi są lepsi od przyjezdnych, czy jedni cudzoziemcy są bardziej wartościowi od drugich. Kto ma prawo o tym decydować? Jednak co najważniejsze, autorka daje nadzieję na lepsze jutro. Pokazuje, że wszystko zależy od nas, od każdej pojedynczej osoby, która w każdej chwili może podjąć działanie. Czytając reportaż nie raz uroniłam łzę, ale także nie raz uśmiechnęłam się. Przeczytajcie ją sami i dowiedzcie się czy seniorce uda się wypatrzeć przyjaciela oraz czy również tym razem zareaguje on na jej zawołanie “nuni”.
Zofia Cieszkiewicz
odsłoniętych skałach i czasami wszystkie je zmiata sztorm.
Przenoszą się wtedy na inną górę lub zbocze,
a miejsce wypadku jest omijane przez ptasie pokolenia tak długo,
jak długo trwa pamięć o tym zdarzeniu. Tak to właśnie działa.
Po latach ptaki wracają w tę samą okolicę
i prędzej czy później katastrofa się powtarza.
Carl Schøyen, Fuglefjell [Ptasia góra], Oslo 1929
Tromso większości znane jest z ofert wyświetlających się na stronach z “okazyjnymi” lotami. Zazwyczaj oferta okraszona jest zapierającym dech w piersiach, małym prostokątnym zdjęciem zorzy polarnej. Nie ma co, udało się reklamodawcom rozpromować Paryż Północy (jak nazywane było kiedyś Tromso), ale czy mieszkańcy cieszą się z natłoku turystyki i czy samo miasto poznaje w nim siebie sprzed lat?
Ilona Wiśniewska zabiera nas do miejsca, które nijak ma się do wyobrażeń większości nas. Miasto zdecydowanie do spokojnych nie należy - multum turystów z całego świata, gwarne i przepełnione. Na dodatek pełno mew. W tym momencie należy się zatrzymać i zadać sobie pytanie: Czy gdy myślę o krajach skandynawskich, a Norwegia zdecydowanie do nich należy, to czy mam w głowie wizję kraju połączonego nierozerwalnie z naturą?
Moja odpowiedź przed przeczytaniem reportażu byłaby zdecydowanie twierdząca, a Wasza? Jednak już w trakcie czytania moja perspektywa uległa zmianie. Norwegowie traktują bardzo podobnie zwierzęta tak jak inne państwa, uważając jedne stworzenia za lepsze od drugich. Do tych pierwszych z pewnością nie należą mewy, a dokładnie krysie (spolszczona nazwa mew, którymi interesuje się autorka), których dotyczy reportaż. Poznajemy je dzięki pewnej 60-letniej kobiecie, głównej bohaterce krótkiego dokumentu poświęconemu jej i krysi o imieniu JJ, która przylatuje do niej od 10 lat. Autorka książki odnajduję ją i postanawia czekać na przylot ukochanego JJ. To dzięki niemu Wiśniewska zaczyna interesować się losem mew, których życie nie wygląda już jak to sprzed kilku lat.
Ocieplenie klimatyczne postępuje w zastraszającym tempie, odczuwają je nie tylko główni jej winowajcy (patrz ludzie), ale przede wszystkim, zwierzęta, których życie zostaje wywrócone do góry nogami. Taki los spotkał również krysie od dawien dawna zamieszkują pobliskie wody. Przez wzrost temperatury, topniejące lodowce oraz ciągle zaostrzającę się warunki pogodowe nie są w stanie już przetrwać na półkach skalnych okalających morze. Środowisko jest dla nich zbyt zmienne i agresywne, czego skutkiem jest diametralny spadek populacji mew oraz zmiana miejsca ich bytowania. Krysie uciekają do miast, gdyż warunki są tam zdecydowanie łagodniejsze, ale tylko pozornie. Ich głównym wrogiem stają się ludzie niszczący ich gniazda, zabijający parapety deskami lub zakładający na nie kolce. Mewy nie mają gdzie się podziać, a dodatkowo zamiast być “miłą atrakcją” turystyczną, stają się zmorą mieszkańców i wrogiem turystyki. Przeszkadzają ciągłym skrzekiem i zostawianiem po sobie wżerajacych się odchodów. Mieszkańcy nie chcą mew, ale nie zdają sobie sprawy, że jest to dla nich jedyna opcja, aby przeżyć.
Reportaż Ilony Wiśniewskiej dogłębnie porusza, często stawia niewygodne pytania. Jedno szczególnie pozostało w mojej głowie. Dotyczy ono “lepszości” jednych zwierząt nad drugimi, płynnie przechodząc do wyższości jednych ludzi nad innymi. Czy miejscowi są lepsi od przyjezdnych, czy jedni cudzoziemcy są bardziej wartościowi od drugich. Kto ma prawo o tym decydować? Jednak co najważniejsze, autorka daje nadzieję na lepsze jutro. Pokazuje, że wszystko zależy od nas, od każdej pojedynczej osoby, która w każdej chwili może podjąć działanie. Czytając reportaż nie raz uroniłam łzę, ale także nie raz uśmiechnęłam się. Przeczytajcie ją sami i dowiedzcie się czy seniorce uda się wypatrzeć przyjaciela oraz czy również tym razem zareaguje on na jej zawołanie “nuni”.
Zofia Cieszkiewicz