4# Zimna fala egzaltacji - Romantyczna katastrofa
KATEGORIA: Kultura
Film “Titanic” z 1997 roku dziś zajmuje niezwykle ważne miejsce w popkulturze, zna go każdy. Dzieło w reżyserii Jamesa Camerona zgarnęło 11 statuetek oscarowych spośród 14 nominacji. Automatycznie postrzegamy produkcję jako melodramat, mimo że to kino fabularne poprowadzone na tle autentycznych wydarzeń historycznych. Zapominamy o błędach ówczesnej technologii, źle przeprowadzonych pomiarach i braku poszanowania natury lodowców. Pamiętamy za to jaki raj dla ucha powodują dźwięki “My Heart Will Go On”. Dysonans spowodowany jest ogromnym sukcesem filmu, a jako ludzie ulegliśmy romantycznej opowieści bardziej niż faktom i historii, która wydarzyła się naprawdę.
Royal Mail Ship Titanic był największym transatlantykiem, czyli statkiem pasażerskim, który kursował po Oceanie Atlantyckim między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Należał do typu Olympic i został zbudowany w stoczni w Belfaście. Miał być dumą technologii, a stał się symbolem ludzkiej pychy. Po około roku po zwodowaniu odbywał rejs na trasie Southampton -> Cherbourg -> Queenstown -> Nowy Jork, który okazał się jego ostatnim. W nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku doznał bliskiego spotkania z górą lodową i zatonął. Liczba ofiar do dziś nie jest dokładnie znana, możemy stwierdzić z pewnością, że liczba miejsc w łodziach ratunkowych sumarycznie nie odpowiadała ogólnej liczbie pasażerów i członków załogi. Szacuje się obecność około 2000 osób. W związku z tym wyobrażenie chaosu, jaki tam panował już powoduje ciarki.
Nikt nie był psychicznie przygotowany na taką tragedię, dlatego wszechobecna panika potęgowała skrajne emocje. W dramacie resztki nadziei próbowała zachować orkiestra złożona z ośmiu muzyków, której przewodniczył Wallace Hartley. Jest ona symbolem w kulturze, ponieważ grała do samego końca, a wszyscy członkowie zginęli. Dźwięki, które wypływały z ich instrumentów były dla wielu ostatnią usłyszaną muzyką, co potęguje ogromne znaczenie i poświęcenie. Warto dodać, że muzyczny luksus był zarezerwowany dla gości z pierwszej klasy. Łącznie dla pasażerów były dostępne trzy, które charakteryzowały się różnymi warunkami ekonomicznymi. To pokazuje silne nierówności społeczne, które wówczas panowały wśród państw anglosaskich. Był to świat przedwojenny, lecz tkwiący w spirali dzikiego dziewiętnastowiecznego kapitalizmu.
Polaryzująca klasowość jest przedstawiona w filmie, czego przykładem są główni bohaterowie. Jack Dawson to amerykański artysta, który wygrał w karty bilet na rejs, przyświeca mu cytat “make each day count”, podróżuje trzecią klasą. Rose DeWitt Bukater jest zaręczona z bogatym i wpływowym Hockleyem, którego nie kocha, a wycieczka w pierwszej klasie z kontrolująca matką jest dla niej złotą klatką. Losy ich obu łączą się i dalsze wydarzenia ukazują rozbieżności poszczególnych warstw społecznych. Bogato wypełnione przestrzenie zostały umieszczone w najwyższych partiach statku, obsługa była obecna na każde zawołanie. Schodząc niżej w pobliżu maszynowni znajdowały się wieloosobowe kajuty, a wyjście na pokład było utrudnione. Metaforyczne lokalizacje poszczególnych klas to aluzja do piramidy hierarchiczności ludności. W obliczu katastrofy jest to jeszcze bardziej wyraziste, ponieważ lepiej usytuowani jako pierwsi są ewakuowani, a reszta zostaje zamknięta pod pokładem, czekając na ewentualne wolne miejsca na łodziach ratunkowych. Absurdalne zachowanie uświadamia nam, że ludzkie życie dzieliło się na równych i równiejszych. Dlaczego tego nie zapamiętaliśmy z filmu? Ukoił nas romantyzm, który sprytnie ukrył realne problemy początku XX wieku.
Ulegliśmy miłosnej fikcji i odrzuciliśmy suche fakty brutalnej rzeczywistości. Jack i Rose nie istnieli, żył za to kapitan Edward Smith, który jest tłem, a jego rola została wręcz sprowadzona do postaci trzecioplanowej. Pochłonęliśmy scenę na dziobie statku, rysowania węglem czy śmierci chłopaka. Prawdziwa historia z liczbami i techniczną analizą katastrofy jest nieatrakcyjna, a emocje zakochania ciekawią nas bardziej. Miłość jest ukazywana jako cel warty cierpienia i wyrzeczeń od dawien dawna, stąd prawdopodobnie wzięło się w naszych umysłach chęć pokolorowania tragedii w barwy uczuć. To ponadczasowe i uniwersalne konteksty powodują, że jest w nas odrobina zrozumienia. Kto nie marzy o prawdziwej miłości od pierwszego wejrzenia? Przyjęło się, że to cel życia człowieka, a jednak tak nie jest. Nie żyjemy dla romantyzmu, nie tylko na tym polega sens istnienia. Właśnie to pokazuje nam “Titanic” jak zapatrzeni w melodramat zapominamy o prawdziwej tragedii, o tym ile osób zginęło przez ludzką pychę. Jest to dosyć przykre i stawia nas jako odbiorców w złym świetle, budując pewne znieczulenie. Gdyby nie było ulubionej pary na ekranie czy pamiętaliśmy o zderzeniu transatlantyku z górą lodową?
W przyszłym roku film będzie obchodził trzydzieste urodziny. Może przy okazji kolejnego seansu warto spojrzeć na niego z nieco innej perspektywy. Zamiast ulegać wzruszającej dekoracji, spróbujmy zobaczyć ból i smutek ludzi, którzy stali się bezbronni wobec wielkiego dramatu. Zimna woda Atlantyku i pękająca stal to również były elementy tej historii.
Jagna Jaśkowiak
Royal Mail Ship Titanic był największym transatlantykiem, czyli statkiem pasażerskim, który kursował po Oceanie Atlantyckim między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Należał do typu Olympic i został zbudowany w stoczni w Belfaście. Miał być dumą technologii, a stał się symbolem ludzkiej pychy. Po około roku po zwodowaniu odbywał rejs na trasie Southampton -> Cherbourg -> Queenstown -> Nowy Jork, który okazał się jego ostatnim. W nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku doznał bliskiego spotkania z górą lodową i zatonął. Liczba ofiar do dziś nie jest dokładnie znana, możemy stwierdzić z pewnością, że liczba miejsc w łodziach ratunkowych sumarycznie nie odpowiadała ogólnej liczbie pasażerów i członków załogi. Szacuje się obecność około 2000 osób. W związku z tym wyobrażenie chaosu, jaki tam panował już powoduje ciarki.
Nikt nie był psychicznie przygotowany na taką tragedię, dlatego wszechobecna panika potęgowała skrajne emocje. W dramacie resztki nadziei próbowała zachować orkiestra złożona z ośmiu muzyków, której przewodniczył Wallace Hartley. Jest ona symbolem w kulturze, ponieważ grała do samego końca, a wszyscy członkowie zginęli. Dźwięki, które wypływały z ich instrumentów były dla wielu ostatnią usłyszaną muzyką, co potęguje ogromne znaczenie i poświęcenie. Warto dodać, że muzyczny luksus był zarezerwowany dla gości z pierwszej klasy. Łącznie dla pasażerów były dostępne trzy, które charakteryzowały się różnymi warunkami ekonomicznymi. To pokazuje silne nierówności społeczne, które wówczas panowały wśród państw anglosaskich. Był to świat przedwojenny, lecz tkwiący w spirali dzikiego dziewiętnastowiecznego kapitalizmu.
Polaryzująca klasowość jest przedstawiona w filmie, czego przykładem są główni bohaterowie. Jack Dawson to amerykański artysta, który wygrał w karty bilet na rejs, przyświeca mu cytat “make each day count”, podróżuje trzecią klasą. Rose DeWitt Bukater jest zaręczona z bogatym i wpływowym Hockleyem, którego nie kocha, a wycieczka w pierwszej klasie z kontrolująca matką jest dla niej złotą klatką. Losy ich obu łączą się i dalsze wydarzenia ukazują rozbieżności poszczególnych warstw społecznych. Bogato wypełnione przestrzenie zostały umieszczone w najwyższych partiach statku, obsługa była obecna na każde zawołanie. Schodząc niżej w pobliżu maszynowni znajdowały się wieloosobowe kajuty, a wyjście na pokład było utrudnione. Metaforyczne lokalizacje poszczególnych klas to aluzja do piramidy hierarchiczności ludności. W obliczu katastrofy jest to jeszcze bardziej wyraziste, ponieważ lepiej usytuowani jako pierwsi są ewakuowani, a reszta zostaje zamknięta pod pokładem, czekając na ewentualne wolne miejsca na łodziach ratunkowych. Absurdalne zachowanie uświadamia nam, że ludzkie życie dzieliło się na równych i równiejszych. Dlaczego tego nie zapamiętaliśmy z filmu? Ukoił nas romantyzm, który sprytnie ukrył realne problemy początku XX wieku.
Ulegliśmy miłosnej fikcji i odrzuciliśmy suche fakty brutalnej rzeczywistości. Jack i Rose nie istnieli, żył za to kapitan Edward Smith, który jest tłem, a jego rola została wręcz sprowadzona do postaci trzecioplanowej. Pochłonęliśmy scenę na dziobie statku, rysowania węglem czy śmierci chłopaka. Prawdziwa historia z liczbami i techniczną analizą katastrofy jest nieatrakcyjna, a emocje zakochania ciekawią nas bardziej. Miłość jest ukazywana jako cel warty cierpienia i wyrzeczeń od dawien dawna, stąd prawdopodobnie wzięło się w naszych umysłach chęć pokolorowania tragedii w barwy uczuć. To ponadczasowe i uniwersalne konteksty powodują, że jest w nas odrobina zrozumienia. Kto nie marzy o prawdziwej miłości od pierwszego wejrzenia? Przyjęło się, że to cel życia człowieka, a jednak tak nie jest. Nie żyjemy dla romantyzmu, nie tylko na tym polega sens istnienia. Właśnie to pokazuje nam “Titanic” jak zapatrzeni w melodramat zapominamy o prawdziwej tragedii, o tym ile osób zginęło przez ludzką pychę. Jest to dosyć przykre i stawia nas jako odbiorców w złym świetle, budując pewne znieczulenie. Gdyby nie było ulubionej pary na ekranie czy pamiętaliśmy o zderzeniu transatlantyku z górą lodową?
W przyszłym roku film będzie obchodził trzydzieste urodziny. Może przy okazji kolejnego seansu warto spojrzeć na niego z nieco innej perspektywy. Zamiast ulegać wzruszającej dekoracji, spróbujmy zobaczyć ból i smutek ludzi, którzy stali się bezbronni wobec wielkiego dramatu. Zimna woda Atlantyku i pękająca stal to również były elementy tej historii.
Jagna Jaśkowiak